home      PGL PGL Lasy
Państwowe
  blog edukatora          blog leśniczego          skrzydlate myśli     

autor zieloona   data 2010-06-16

Gdy kręcą się koła...;]

Dzisiejszy dzień nie należy do najgorętszych tego roku, ale także nie jest najzimniejszy, tak pół na pół;]Szkoła już praktycznie stała się zbytecznym obowiązkiem, trzymającym i pozbawiającym dzieci przygód, toteż dzisiejszego dnia pozwoliłam sobie ją opuścić. Niektórzy zapewne oskarżą mnie o wagary i może mają rację, ale ja trzymam się słowa,”chwilowa nieobecność”;] W ramach tego dzisiejszy dzień wykożystałam w pełni moich możliwości. Już od rana byłam na rowerze i pedałowałam w stronę przygód. Przez polne drogi, które jeszcze rano pokrywało błoto i woda. Dostrzegłam świeże, i pół świeże ślady saren. Musiały być tu, jakąś godzinę temu, może wcześniej. Trochę się spóźniłam, ale to zmotywowało mnie do dalszych poszukiwań. Nurt przygodowy popychał mój rower, choć wiatr rankiem tego nie chciał. Tak jakby zaspały, dmuchał mi prosto w oczy! Ale nie, on mnie nie zniechęci! Nogi mocniej naciskały pedały,a koła kręciły się tak jak jakieś turbiny;] Przejechałam dobre parę kilometrów, jednak zatoczywszy kółko, postanowiłam odpocząć nad wodą. I tu jak zwykle rzuca się słowo rozlewisko. Magiczne miejsce, które mimo iż znam na pamięć, potrafi mnie zaskoczyć. Pan Bóbr chyba ostatnio był tu tylko okazyjnie, może się ukrył przed myśliwymi? Słyszałam, że obwiniają za tą powódz zwierzęta i chroniony gatunek, jakim jest bóbr, pozwolono odstrzelić...Troszkę przykrę, bo jeszcze tak niedawno mówili o ich małej liczebności... Miejmy nadzieję, że owemu zwierzakowi dało się przeżyć i, że żaden myśliwy nie nosi teraz czapki z ogonem bobra. W szprychy roweru wkręcałą się trawa, a błoto zmyła rosa, która posłużyła za miły prysznic, gdy przez przypadek poślizgnęłam się na mokrej trawie. Zielone spodnie, trudne do odplamienia... yyy.. Mama będzie zła?Trudno, w końcu to nie jedyne spodnie jakie mam;] Słońce grzało już z rana, ale Pan Wiatr nie dawał ocieplić się pogodzie, przeganiał chmurki z jednej strony nieba na drugą, pogwizdując przy tym radośnie między liśćmi. A nawiązując do roślinki, to moja w słoiczku puściła już niewielki korzonek! Jest maciupeńki,jednak jest, a to się liczy! Do wodopoju nie przyszła żadna sarna, ale mogłam się tego spodziewać, gdyż dotarłam już tam późnym porankiem. Na szczęście ptaki mnie nie opuściły, a nawet te duże, jakimi są drapieżne. Latały bardzo daleko, tam gdzie ostatnio mogłam je widzieć, razem z Naszą Paczką, ale jednak za daleko aby rozpoznać gatunek i zrobić im zdjęcie, nawet najgorszej jakości. Mogłam czasami dosłyszeć ciekwy odgłos, który zapewnne wydobywał się z ich dziobów. Urozmaicał całą gamę dzięku. Owe zwierzęta chyba były jeszcze przed śniadaniem, bo na każdy szelest, grupa małych ptaków siedzących wśród trzcin i niskich drzew, zrywała się gwałtownie i milkła... Coś późno polują, jednak one rządzą w przestworzach ze swoimi mocnymi pazurami i wielkim, haczykowatym dziobem-tak wyobrażam sobie je, choć nie mogę tego dokładniej określić. Czas nad wodą mija bardzo szybko, mgnienie oka a godzina uleciała i nie w sposób jej cofnąć. Jednak tak spędzonej chwili nie można żałować, lepszego odpoczynku nie ma. Woda, Słońce, drzewa... Rozrasta się tam mały las, czym przyjadę ty więcej małych nasionek drzew wyrasta z ziemii, poczekamy zobaczymy, może na starość dożyję takiego widoku, a wtedy byłoby to najlepsze miejsce na świecie! Tylko jeszcze dużo czasu do tego musi minąć... W promieniach Słońca uganiałam się także za maciupkimi ważkami,których w owej okolicy jest tylę, że ludzkie oko nie jest wstanie ich zliczyć. Są bardzo szybkie i dość płochliwe. Z kilkunastu ujęć tylko jedno nadaję się do pokazania, ale i tak jest niewyraźne, jak reszta mojej twórczości z makro...Zastanawiam się jaka jestego przyczyna, jednak nie mogę wymyślić nic sensownego... Ale cieszę się, że jakieś się udało;] Bynajmniej mogę być z siebie dumna. Nalatałam się za nimi, a nogi były oklejone błotem. Dobrze, że rosa jeszcze nie zniknęła, toteż spokojnie mogłam sobie je troszkę obczyścić;] Posiedziałam jeszcze dobrą chwilę nad wodą, wypatrując czegoś, co mogłoby skupić moją uwagę... Jedynę co mogłam zauważyć to mały zakwit glonów... Za pewne ulewne deszcze zmyły nawozy z pól i dostały się tu, ale to nie pierwszy raz... Żabki rechotały,raz na jakiś czas, dając o sobie znać. Ale czas leciał nieubłaganie i nie mogłam zostać tam dłużej. Trzeba będzie wracać do domu,a nogi już ogarniał ból po przejechaniu niezłego odcinka drogi. Chwilę zajęło mi zmuszenie ich do posłuszeństwa, ale z trudem mi to przyszło. Ogólnie z trudem mi opuszczać owe miejsce, które napawa energią i wytwarza uśmiech na twarzy u tych, którzy potrafią dostrzec tu “coś” więcej, nie tylko zwykłe zarpośla przez które z trudem się przedziera... Tak też droga powrotna przebiegła dość sprawnie, toteż wyrobiłam się jeszcze na gorący obiad, bez odgrzewania;]

 

 

 

 

 

A to są ślady, które miałam okazje zuważyć. Są to, zdaje się na pewno, tropy sarny;]

Pod spodem kilka inncyh zdjęc. Tego mniej-więcej udanego ważki oraz rozlewiska. Troszkę porośniętego, jednak nie to w nim ważne, ważne jest to, co się dostrzega będąc tam, na miejscu;]


 

Komentarze (0)

Dodaj komentarz

Wpisz swoje imię
Twój komentarz
Wpisz kod z obrazka   
Zdjęcie CAPTCHA Odśwież obrazek

LOGIN

 

Archwium

2010 (188)
luty (51)
marzec (43)
kwiecień (40)
maj (31)
czerwiec (23)
Oceń blog

Ilość głosów: 906
Średnia ocena: 6.54

 
 
Serwisy internetowe Lasów Państwowych wykorzystują pliki cookies. Korzystanie z witryny oznacza zgodę na ich zapis lub wykorzystanie.
Więcej informacji znajdziesz w naszej Polityce Prywatności.
Akceptuję politykę prywatności
zamknij