home      PGL PGL Lasy
Państwowe
  blog edukatora          blog leśniczego          skrzydlate myśli     

autor zieloona   data 2010-05-28

„Nasza Paczka” rusza falą przygody!

Dzień po prostu “cud i miód”. Gorąco, słonecznie, aż prosi się, aby to wszystko wykożystać! Odpocząć i przeżyć niesamowitą przygodę! Dobrze, że wiatr już ustał, a deszcz nie zawitał w popołudnie! Trafił mi się jeszcze taki fart, że byłam zwolniona z dwóch, ostatnich lekcji, toteż szybciej udało mi się zorganizować, razem z moimi przyjaciółmi wyprawę. Wszyscy już mają wkręcone w swych główkach, że weekend jest momentem, który służy obserwacjom, a przy tym poznawaniu, odkrywaniu i miłej zabawie! W kalendarzykach, notesach lub innego rodzaju przypomnieniach, całe nasze grono ma wpisane:Wyprawa! I nic w owe miejsce nie może wskoczyć, chyba, że na prawdę poważna sprawa, ale to wyjątki! Wcześniej ustalone terminy, nie podlegają zmianom! Zasada numer jeden. Godzina 14.00, zbiórka koło aleji wierzb. Skończyłam przed 13.00 swoje lekcje, toteż miałam chwilę na odsapnięcie i także zobaczenie, cóż moja roślinka w słoiczku robi. Jak na razie nic, pobiera wodę, bo robi się jej co raz mniej, ale to też efekt parowania. Temperatura nieźle ponad 20 stopni Celcjusza. No cóż, czekamy dalej, jak na razie korzonków nie ma. Spakowałam się raz dwa, popryskałam areozolem przeciw owadom, wzięłam aparat do ręki i hop! Już pędziłam na spotkanie. No i Maciek zaczął się spóźniać, musieliśmy czekać na niego aż 15 minut! Dostał niezłą burę, ale nikt później już tego nie pamiętał. Żaden ważniejszy obiekt chyba nam nie uciekł, ale natura zmienia się z minuty na minutę, więc trzeba wykożystywac każdą chwilę! Wszyscy wyposażeni odpowiednio: czapki z daszkiem, krem przeciwsłoneczny, bluza w razie nagłego chłodu i oczywiście mini apteczka-w razie nieprzewidzianych wypadków. Chętni przygód ruszyliśmy, najpierw aleją wierzb, później skręciliśmy na polną ścieżkę i szliśmy nią aż do samego rozlewiska-punktu obranego jako cel wyprawy. Rzepak rósł po naszych obu stronach. Rozsiewał swój zapach na kilometr, jak nie więcej. A my, wodzeni za nos, usiedliśmy koło niego i od razu owym zapachem przesiąknęliśmy. Obserwowaliśmy także pszczoły, osy i inne owady siedzące na żółtych kwiatach. Monice usiadła pszczoła nawet na nos-widocznie ją lubią-ale szybko odleciała, chyba preparat przeciw owadom działa;] Słońce grzało niemiłosiernie, dobrze, że każdy z nas miał czapkę inaczej na pewno nawabilibyśmy się jakiegoś udaru... Tak więc spokojnie mogliśmy kontynuować naszą wyprawę. Miło było pożartować w gronie znajomych, jednak nie odrywało to naszej uwagi od obserwacji. Dobrze wiemy,że przyroda może być nieobliczalna i w każdej chwili jest w stanie ukazać nam coś niesamowitego. Najlepszym takim miejscem jest rozlewisko! Nasza ostoja spokoju, dość daleka, a jednak bliska naszym sercom.Początkowo było trudno dojść tam na pieszo, ale z biegiem czasu nasza kondycja się wyrobiła i w niecałą godzinę jesteśmy na miejscu, do tego okrężną drogą! Ale często zwalniamy, aby podziwiać najmniejsze elementy natury po drodzę. Szkoda tylko, że wierzb już tylu nie ma... Kiedy czekaliśmy na Maćka, zauważyliśmy, że jedna była przecięta na pół, myślimy, że zrobił to zły Pan Piorun, w czasie burzowego dnia. miejscowość się rozrasta, a z nią znikają elementy natury, szkoda... Na polach dzisiejszego dnia było spokojnie, chyba za gorąco aby wyjść w pełnym słońcu na nieokryte, ani kawałkiem cienia, równiny, ale dla chcącego nic trudnego;] Tylko zwierzęta po prostu tego nie lubią. Roślin było bardzo dużo, po najbrzydsze chwasty do najpiękniejszych kwiatów. Owadów latająch też sporo, większość z osobników była tak różna, taka kolorowa, albo taka nietypowa, że nie byliśmy w stanie skojarzyć ich z najbardziej odległymi nazwami gatunkowymi. Świat owadów jest bardzo bogaty;] W końcu doszliśmy nad swoje rozlewisko, a w nim nieproszeni goście. Wszyscy jednym słowem wykrzyknęli: NIE!!!! Gdy dochodząc do jedynego przejści, przez które można dotrzeć nad to piekne miejsce, ujrzaliśmy wielki zryw najróżniejsych ptaków do góry i ich ucieczkę. Wiedzieliśmy wtedy, ze coś się święci, a nasze ulubione miejsce zostało przez kogoś nawiedzone i to w tak niemiły sposób! Wystraszyć wszystkie ptaki, już miałam powiedzieć co to za***, ale ugryzłam się w język. Możecie sobie wyobrazić, że szanowni państwo narobili tyle bałaganu, bo chcieli sobie popływać łódką? Wystraszyć wszyskie zwierzęta, zniszczyć piękną rślinność, jedyną jaką mieliśmy okazje oglądać w tym miejscu? Wiedzieliśmy, że nie ma szans poobserwować tu przyrody, owe osoby były pod wpływem alkoholu... Cóż mieliśmy zrobić? Kilka małych brzdąców na osoby w średnim wieku... Odeszliśmy i przeciskając się przez trzcine, podeszliśmy do wody. Moja przyjaciółka-kuna wodna, zaczęła uciekać z dotychczasowego miejsca przebywania i nie wiadomo, czy nie została na tyle wystraszona, że już tu nie wróci? Usiadłam i zaczęłam płakać jak bóbr. To nie sprawiedliwe, jedyne takie miejsce, w którym miałam okazje obserwować przyrodę, w której było tyle do obserwowania, zostało zagarniętę przez nieogarniętych, nieodpowiedzialnych, osobników gatunku ludzkiego pod wpływem substancji zaburzającej orientacje? Wstydzę się za takie osoby... Teraz już wiem, że człowiek zagarnął wszystko, że natura musi uciekać, albo zostanie rozjechana łódką przez pijanych kapitanów... Można było się spodziewać, że owe miejsce długo nie zostanie nieodkryte przez innych. Urządzili sobie pływalnie, a pół kilometra stąd mięli Nogat, wiekszą rzekę, lepiej przystosowaną do pływania, niż porośnięte trzciną rozlewisko, tylko, że tam policja zgarnęła by ich od razu... A tu? Po takich polach żadko kto się zapuszcza, a na pewno nie policja. Krzyki, wrzaski, brzdęk butelek, wystraszył wszystkie organizmy i nas powoli też... Woda była ciepła, żab nie było, motyli nie było, tylko jakieś chrząszcze chodziły po łodygach trzciny. Nie mięliśmy co tu szukać, zawróciliśmy i prosiliśmy, aby szybko zapomnieli o tym miejscu, a zwierzęta mogły do niego w spokoju wrócić... Razem w drogę wyruszył za nami Pajączek, który również wystraszony muzyką typu “Umcy, Umcy” i krzykami wyruszył szukać nowego miejsca... Reszta drogi przebiegła w przemyśleniu, bez żartów, tylko raz na jakiś czas odnawiał się temat rozlewiska... Wrócimy tam za jakiś czas, jak się uspokoi. Z łzami w oczach wrócilićmy do domu i nadal je mamy, gdy poruszamy owy temat...

 

 

Pan za pewne z rodziny Chrząszczowatych, na łodydze trzciny. Taki miły Pan, który potrafił latać, bo nie chciał drugiego zdjęcia;]

Pod spodem Pan Pajączek, który towarzyszył nam kawałek w drodzę powrotenej, i dwa zdjęcia rozlewiska, jakie udało mi się zrobić. Szkoda mi tylko zwierząt... Miejmy nadzieję, że nie nabiorą dystansu do tego miejsca przez te osoby i, że był to tylko jednorazowy wypad na łódkę...


 

Komentarze (0)

Dodaj komentarz

Wpisz swoje imię
Twój komentarz
Wpisz kod z obrazka   
Zdjęcie CAPTCHA Odśwież obrazek

LOGIN

 

Archwium

2010 (188)
luty (51)
marzec (43)
kwiecień (40)
maj (31)
czerwiec (23)
Oceń blog

Ilość głosów: 906
Średnia ocena: 6.54

 
 
Serwisy internetowe Lasów Państwowych wykorzystują pliki cookies. Korzystanie z witryny oznacza zgodę na ich zapis lub wykorzystanie.
Więcej informacji znajdziesz w naszej Polityce Prywatności.
Akceptuję politykę prywatności
zamknij